13 listopada 2021

Dlaczego deMouse mylił się? I co z tego wynika.

Trzeba mieć olbrzymią odwagę, żeby postawić na szalę całą swoją karierę naukową powołując do życia nową dziedzinę nauki. Lloyd de Mause podjął się takiego zadania tworząc psychohistorię. Nurt którego celem było analizowanie historii przez pryzmat warunków w jakich rozwijały się kolejne pokolenia.
Prawidłowość tez stawianych przez naukowca można określić dopiero po wielu latach, kiedy znacząco zwiększa się nasza wiedza na dany temat. 
Założenia psychohistorii przetrwały próbę czasu. Aczkolwiek są tam znaczące błędy.
Każdy naukowiec, czy tego chce czy nie chce, jest owocem swoich czasów. Jak każdy z nas jest naznaczony wzorcami kulturowymi, które zostały mu zaszczepione w procesie socjalizacji. Wyjście z warunkowania kulturowego wymaga ogromnego wysiłku oraz wieloletniego kwestionowania wszystkiego co oparte jest o społeczne przekonania.     
Tę skazę widać u wszystkich naukowców bez względu na dziedzinę, którą zajmowali się oraz okres w jakim żyli.    
Lloyd de Mause podzielił historię dzieciństwa na kilka okresów;

• rodzicielstwo dzieciobójcze (antyk do IV w.),

• rodzicielstwo porzucające (do XIII w.),

• rodzicielstwo ambiwalentne (XIV – XVII w.),

• rodzicielstwo natrętne, intruzywne (XVIII w.),

• rodzicielstwo socjalizujące (XIX w. i pierwsza połowa XX w.),

• rodzicielstwo pomocne, wspierające (od drugiej połowy XX w.).          

Jego podział zaczyna się od antyku. Z czego wynika fundamentalny błąd tej teorii. Z przedstawionego obrazu wynika, że zaczynaliśmy jako dzieciobójcy a w procesie ewolucji opieki nad dziećmi stajemy się coraz lepszymi rodzicami.         
Taki rodzaj narracji jest prawdopodobnie pokłosiem ówczesnego sposobu myślenia o naszych dalekich przodkach, których traktowano jako pozbawionych jakiejkolwiek moralności dzikich.

Kiedy jednak przyjrzeć się sprawie dzieciństwa wśród ludów pierwotnych, przez pryzmat wiedzy zbieranej przez antropologów lub zwykłych ludzi jak Jean Liedloff, to okazuje się, że przedstawiany jest zupełnie inny obraz rodzicielstwa i dzieciństwa.       
Nie ma tam dzieciobójstwa, nie ma ambiwalencji, nie ma rodzicielstwa natrętnego ani socjalizującego.
Jest rodzicielstwo obecności i akceptacji. Rodzicielstwo zaufania. Rodzicielstwo, w którym dziecko jest centralną jednostką w stadzie. Taki typ rodzicielstwa spotykany jest wszędzie tam, gdzie nie dotarły nauki i zasady życia białego człowieka. Kiedy tylko zadomawia się nasza kultura to wszystko staje na głowie. Sypią się pierwotne wartości i dzieciństwo staje się koszmarem.
I tu jest pełna zgoda z tezami psychohistorii. Im gorsze są warunki dzieciństwa tym bardziej pogarsza się stan/jakość społeczeństwa.          

Trzeba jednak zadać sobie pytanie – co stało się? I kiedy stało się? Co spowodowało, że ze wspaniałych rodziców wiedzionych przez Kontinuum staliśmy się bezmyślnymi oprawcami kolejnych pokoleń dzieci?
Odpowiedź można zawrzeć w jednym słowie, choć cały mechanizm staczania się i kolejnych zmian jest bardziej skomplikowany. Wyjaśnienie wymaga uwzględniania procesów adaptacji oraz interakcji pomiędzy jednostką a społeczności, społeczności a środowiskiem i między społecznościami.

Tym słowem kluczem jest – Nadprodukcja.      

W wielu pracach można zauważyć, jak autor ociera się o to stwierdzenia. Czasem jest to określenie wartości dziecka w kulturze. Że dziecko było mniej warte niż garnek na płocie. Albo że dziecko to najtańszy niewolnik. Dzieci oddawano za długi, sprzedawano lub nawet zabijano z uwagi na brak wystarczającej ilości jedzenia.   
Żeby „coś” straciło aż tak na swojej wartości społecznej musi być dostępne w nieograniczonej ilości.  To „coś” musiało stracić swoją społeczną wartość.              
 
Jak więc dzieci utraciły swoją społeczną wartość?           
Myślę, że przyczyn jest kilka. Są one wplecione w siebie nawzajem. Tym niemniej wszystkie wynikają z zaburzenia ewolucyjnych procesów zarządzających owulacją. Dziecko było najwyższą wartością grupy społecznej, dopóki interakcja pomiędzy środowiskiem a jednostką wymuszała dość odległe urodziny kolejnych dzieci. Trudno sobie wyobrazić, że kobieta w plemieniu łowców zbieraczy niesie dwójkę maluchów nie mogących poruszać się samodzielnie. Nie mówiąc już o wykarmieniu ich piersią.
Jak zauważyli psychohistrocy im gorsze warunki rozwoju dziecka tym bardziej dysfunkcyjna psychika.
W sytuacji, kiedy nie są spełniane ewolucyjne imperatywy rozwoju to dysfunkcje pojawiają się już w pierwszych latach życia. Ta zależność prowadzi do obcej wśród ludów pierwotnych kultury kar i nagród.
Osłabienie organizmu matki, częste okresy głodu prowadzą to wysokiej śmiertelności dzieci a to wymaga wytworzenia mechanizmów obronnych psychiki rodziców. Stąd przekonania o tym, że dziecko nie jest człowiekiem. Jest pustym naczyniem, które dopiero trzeba napełnić. Odebranie dzieciom ich człowieczeństwa było formą obrony, ale stało się najgorszym w historii naszej cywilizacji przestępstwem wobec nich.   
Do tych czynników dodać można jeszcze jeden, który również miał znaczenie w procesie deformacji psychiki dziecka. Tym czynnikiem była i jest alienacja dzieci. Kultura, którą wytworzyli nasi przodkowie wymagała znacznie większej ilości pracy niż w czasach, kiedy byliśmy łowcami-zbieraczami. A to pociągnęło za sobą potrzebę pozbycia się dziecka, czyli pozostawienia go samego na czas, kiedy matka czy inny opiekun musiał wykonywać swoje zadania.            
W ten sposób powstały kołyski, kojce, powijaki i wiele innych wynalazków niszczących psychikę dziecka.

Jesteśmy zwierzętami stadnymi dla których wzorce kulturowe są nakładką na programy ewolucyjne. Dlatego rodząc się w jakieś kulturze uważamy jej zasady za jedyne prawidłowe.  
W ten sposób ciąg dysfunkcji, które De Mause nazwał koszmarem dzieciństwa, trwa nadal.
Zmiany, które zaobserwował i opisał są kosmetyką. Dostosowują kulturowe spojrzenie na rodzicielstwo do bieżących potrzeb świata dorosłych.                       
Dzieci już nie są wieszane w powijakach na gałęzi lub nie są przywiązywane do nogi od stołu. Zamyka się jest w pustych przestrzeniach łóżeczek, wózków, czasem pięknie przygotowanych pokoików.
Tak samo jak przez ostatnie kilka tysięcy lat mają rosnąć i nie przeszkadzać.              

Nadprodukcja nie wygasła sama. Została zatrzymana przez elity rządzące. I nie stało się to z powodu potrzeby ulżenia losu dzieci. Był to ruch wywołany przez inne działanie. Śmiertelność robotników oraz ich dzieci wymuszała działania powstrzymujące. Dlatego jak tylko pojawiły się szczepionki to wprowadzono masowe szczepienia, które ratowały życie dzieci, ale równocześnie kreowały nowe niebezpieczeństwo – niekontrolowaną niczym nadprodukcję. Rozwiązaniem okazał się nowy wzorzec kulturowy – rodzina 2+2.     
I wcale nikomu nie chodziło o lepsze dzieciństwo.          

Psychohistoria opisuje jak jakość dzieciństwa wpływa na jakość społeczeństwa.
Brakuje nam dziedziny, która w sposób zrozumiały dla wszystkich będzie opisywać jak powinno wyglądać dzieciństwo, żeby nie było dysfunkcyjnych jednostek. Dziedziny, która wskaże wzorce kulturowe prowadzące do kolejnych dysfunkcji.    
Uwzględniając błąd de Mause potrzebujemy paleo-rodzicielstwa.          
Potrzebujemy dzieciocentrycznego świata. Kultury, która przywróci warunki jakie są niezbędne do prawidłowego psychofizycznego rozwoju człowieka.     

Waldemar Lipiński

Zapisz się do newslettera
Otrzymuj  powiadomienia o nowych artykułach, ciekawostki, porady dla rodziców i wiele więcej.

Zapisując się akceptujesz naszą Politykę Prywatności.

Sprawdź swój styl przywiązania
Darmowy kwestionariusz
Udostępnij ten artykuł:
arrow-right