Licencja na rodzicielstwo – Etyka czy etyka?

Słyszałem historię o jednym z profesorów filozofii, który zadał swoim studentom następujące pytanie:
– czy odebralibyście prawo do posiadania dzieci rodzinie patologicznych alkoholików wychowujących w biedzie gromadkę dzieci ?
Część studentów odpowiedziała, że lepiej byłoby, gdyby tacy ludzie nie mieli prawa do posiadania dzieci.
Wtedy profesor powiedział, że w ten sposób świat utraciłby twórczość Beethovena.

W moim odczuciu ta historyjka mocno trąci demagogią. Usprawiedliwieniem może być to, że przypuszczalnie została skonstruowana w celu uruchomienia procesów myślowych u zaspanych studentów. Jednocześnie wskazuje dylematy etyczne związane z wpływem wzorców społecznych na prawa jednostki.

Nie chcę, aby przypięto mi łatkę sympatyka eugeniki. Pozwolę sobie na przywołanie głosu znanego filozofa prawa Hugh LaFollette’a, który w swojej pracy – Licensing Parents 1 – zadaje istotne pytanie. Czy nie powinniśmy jako społeczeństwo przekroczyć kolejnej granicy rozwoju społecznego i w pierwszej kolejności wziąć pod uwagę dobro dzieci? Efektem takiego działania byłoby wydawanie licencji na posiadanie dzieci. LaFollette w swojej pracy zakłada, iż każde zajęcie mogące w sposób znaczący szkodzić społeczeństwu, powinno być licencjonowane. Bazując na porównaniu do zawodu lekarza, prawnika czy kierowcy, wyprowadza logiczną analizę argumentów za i przeciw takiemu rozwiązaniu. Zwraca uwagę, iż ta koncepcja nie ma na celu ograniczenie praw rodziców a jedynie zabezpieczenie praw przyszłych dzieci. W pierwszej części swojej pracy przedstawia kryteria jakie powinni spełniać rodzice. W drugiej wysuwa pięć zarzutów przeciwko licencjonowaniu rodziców. Są to kolejno:
1. Niemożność ustalenia prawidłowych kryteriów określających dobrego rodzica.
2. Trudność w ustaleniu kto będzie potencjalnie złym rodzicem.
3. Możliwość nieumyślnego nadużywania testu przez urzędników.
4. Możliwość umyślnego nadużywanie testu przez urzędników.
5. Brak możliwości odpowiedniego, racjonalnego i sprawiedliwego egzekwowania takiego programu.

Niezwykle prosto i efektownie rozprawia się z zarzutami przeciw koncepcji licencjonowania rodziców,. Sukcesywnie udowadnia słuszność swojej tezy. Stwierdza tym samym, iż brak racjonalnych i niepodważalnych kryteriów mogących negować tezę licencjonowania rodziców.
Na koniec Hugh LaFollette przywołuje analogię do adopcji. Tu już od dawna każdy kto chciałby adoptować dziecko, musi przejść przez szereg badań, testów i szkoleń. Musi wykazać się stabilnością emocjonalną oraz finansową. Musi też posiadać własne mieszkanie lub dom, w którym będzie bezpiecznie wychowywał adoptowane dziecko. Na dodatek są dość ściśle określone ramy wieku jaki jest dopuszczalny dla adopcyjnych rodziców.
Dlaczego więc dziecko które nie jest „nasze” ma większe prawa od dziecka które jest „nasze” ? Lub może inaczej zadane pytanie o tym samym przekazie – Dlaczego nie musimy wykazać się żadną wiedzą, możliwościami , stabilnością „robiąc” sobie „swoje” dzieci a gdy chcemy zostać rodzicami adopcyjnymi to te wymagania są ustalone tak aby maksymalnie zabezpieczyć dobrostan adoptowanego dziecka ?
W mojej ocenie w podsumowaniu rozważań Hugh LaFollette pojawia się pytanie:
Co jest bardziej etyczne? Uwzględnianie praw rodziców do posiadania dzieci czy też poprzez licencjonowanie rodziców uwzględnienie prawa do zrównoważonego rozwoju dla nowego człowieka ?

Dyskusje na ten temat bardzo rzadko pojawiają się wśród rozmów na temat nowoczesnego rodzicielstwa. W przestrzeni publicznej ten temat jest tabu. Nawet prace wielkiego mistrza filozofii prawa Joela Feinberga, który głosi prawo dzieci do otwartej przyszłości (The Child’s Right to an Open Future) nie przebijają się przez istniejące ramy kulturowe. Pozostają one tematem poruszanym na poziomie spotkań naukowych lub rozprawek filozoficznych.

Od wielu lat problem dotyczący jakości wychowania jest zauważany również przez różne agendy badające sytuację dzieci w krajach rozwiniętych i rozwijających się. Trafiłem na informację o badaniu przeprowadzonym prze UNESCO, wg którego ponad 200 mln dzieci jest ofiarami wychowania szkodzącego ich psychofizycznemu rozwojowi. Przy czym podana liczba dotyczy tylko dzieci z krajów rozwiniętych. Patrząc na historię rozwoju europejskiej kultury wydaje się, iż jesteśmy na granicy kolejnego skoku społeczno-cywilizacyjnego. 400 lat wstecz filozofowie inicjowali dyskusję na temat potrzeby powszechnej edukacji dzieci ze wszystkich klas społecznych. Teraz pojawiają się wyraźne głosy wzywające do społecznej dyskusji na temat kształcenia, czy licencjonowania przyszłych rodziców. Powszechną edukację zaczęto wprowadzać dopiero na przełomie XIX i XX w. Potrzebne były prawie cztery wieki na to, aby dojrzały elity odpowiedzialne za zmiany społeczne.

Jest nadzieja, że synergia jaka powstała dzięki przemianom technologicznym oraz postępujący wzrost świadomości społecznej, może przyspieszyć proces zmian społecznych. Z drugiej strony pozostaje obawa iż nasze społeczeństwo zamroczone konsumpcjonizmem oraz kolejnymi rewolucjami społecznymi nie jest gotowe zmierzyć się z tak poważnym wyzwaniem jakim jest tak fundamentalna zmiana kulturowa. Aby pojąć wagę poruszanego problemu trzeba otworzyć oczy i zrozumieć wpływ jakości wychowania na stropień rozwoju cywilizacyjnego. Koszty społeczne związane z przestępczością, wykluczeniem całych grup społecznych, kosztami leczenia uzależnień, dysfunkcji oraz wielu chorób są ściśle i bezpośrednio powiązane z jakością wychowania w pierwszych latach życia człowieka. Jakość wytworzonych więzi oraz rozwoju kluczowych rejonów mózgu odpowiada również za poziom świadomości społeczeństwa.

Już od kilku dziesięcioleci z całą stanowczością można stwierdzić, że żaden człowiek nie rodzi się z genami zła. To, czy stanie się jednostką psychopatyczną, czy przeciwnie- o wysokim poziomie empatii – jest uzależnione głównie od wpływu rodziny, a dalej środowiska na poszczególne etapy rozwoju jego mózgu. Ten proces zaczyna się jeszcze w łonie matki i trwa aż do pełnego uformowania połączeń neuronalnych.

Każdy z kosztów i korzyści społecznych ma swoje źródło w pierwszych latach życia człowieka. Aby przedstawić benefity społeczne wynikające z wprowadzenia takiej zmiany kulturowej, wystarczy dokonać porównania z efektami wprowadzenia powszechnej edukacji albo powszechnego dostępu do opieki zdrowotnej.

Pozostaje nadzieja, że prawidłowo przedstawione korzyści społeczno-ekonomiczne mogą stać się impulsem do wprowadzania zmian w naszej kulturze. Zapewne nie będą to zmiany tak radykalne, jak proponuje Hugh LaFollette oraz inni orędownicy licencjonowania rodziców. Jednak każda zmiana w tym zakresie może przynieść skok cywilizacyjny na miarę kolejnego tysiąclecia.

link:

http://www.hughlafollette.com/papers/lic-par.htm

Poleć ten artykuł: