Wstrząsający fragment książki Alice Miller

Noworodka, którego skóra tęskni za odwiecznym dotknięciem gładkiego, emanującego ciepłem żywego ciała, zawija się w zimną, szorstką tkaninę. Kładą go do łóżeczka, nie zważając na jego krzyki; umieszczają w nieruchomej pustce (po raz pierwszy w całym cielesnym doświadczeniu milionów lat ewolucji, czy błogiej wieczności bycia w macicy). Jedynym głosem, jaki słyszy, są krzyki innych ofiar torturowanych samotnością, cierpiących tę samą niewypowiedzianą mękę.

Ten dźwięk nic dlań nie znaczy. Krzyczy i krzyczy; płuca, nieprzyzwyczajone do powietrza, są napięte do granic możliwości. Nikt nie przychodzi. A ponieważ zgodnie z naturą dziecko wierzy w prawidłowy porządek życia, robi to, co umie: krzyczy dalej. W końcu wyczerpane zasypia – mija cała wieczność. Budzi się wśród nieprzytomnej grozy ciszy i bezruchu. Krzyczy. Całe jego ciało płonie z tęsknoty i nieznośnej niecierpliwości. Z trudem łapie powietrze i krzyczy, aż pulsuje mu głowa, pełna zgiełku. Krzyczy aż do bóIu piersi, aż jego krtań staje się raną.

Nie może już dłużej znieść tego bólu, szlochanie słabnie i cichnie. Dziecko nasłuchuje. Otwiera i zaciska piąstki. Przekręca główkę, z boku na bok. Nic nie pomaga. To nie do zniesienia. Znowu zaczyna płakać, ale dla nadwerężonej krtani to zbyt wiele. Wiec szybko przestaje. Napina umęczone ciałko; pojawia się cień ulgi. Macha rączkami i wierzga. Przestaje, znów cierpi, niezdolne do myślenia czy choćby nadziei. Słucha. Znowu zapada w sen. Kiedy się budzi, moczy się w pieluchę i to zdarzenie pozwała mu na chwilę zapomnieć o męczarni. Ale przyjemne uczucie moczenia się i ciepły wilgotny dotyk, jaki odczuwa w okolicy brzuszka, wkrótce przemijają. Ciepło jest nieruchome, jego dotyk staje się zimny i lepki.

Dziecko wierzga nóżkami. Pręży się. Szlocha. Zrozpaczone tęsknotą, w martwym wilgotnym i nieprzyjemnym otoczeniu, wykrzykuje swoje nieszczęście, aż uciszy je samotny sen. Nagle zostaje podniesione, pojawia się znów oczekiwanie na to, co mu się należy. Zabierają mokrą pieluchę. Ulga. Żywe ręce dotykają jego skóry. Unoszą jego nóżki i nowy, suchy jak pieprz kawał papieru opina jego biodra. Za chwilę znów jest tak, jakby nigdy nie było rąk ani mokrej pieluchy. Nie ma świadomej pamięci ani śladu nadziei. Dziecko znajduje się w pustce nie do zniesienia, poza czasem, w bezruchu i ciszy. Może jedynie pragnąć.

Kontinuum uruchamia swoje nadzwyczajne środki, lecz pomagają one przetrwać tylko krótkie okresy czasu, kiedy poniechane jest prawidłowe traktowanie, albo przynoszą ulgę dzięki osobie, która – jak się zakłada – jest do tego powołana. Kontinuum (tu – ciągłość doświadczenia) nie ma rozwiązania dla tego ekstremalnego przypadku. Taka sytuacja nie została przewidziana. Po zaledwie kilku godzinach oddychania niemowlę osiągnęło taki stopień wyobcowania ze swej natury, że jest już poza zbawczymi siłami odwiecznego kontinuum. Czas pobytu w łonie matki jest prawdopodobnie ostatnim okresem nieprzerwanego błogostanu, który – zgodnie z wrodzonymi oczekiwaniami – powinien trwać całe życie. Jego istota opiera się na założeniu, że matka zachowuje się we właściwy sposób; że motywacje i wynikające z nich działania będą się wzajemnie w sposób naturalny dopełniały.

Ktoś podchodzi i fachowo podnosi je do góry. Dziecko ożywia się. Jak na jego gust jest co prawda niesione zbyt ostrożnie, lecz przynajmniej COŚ się dzieje. Nareszcie może się odnaleźć. Znikła cała męczarnia, jakiej doznawało. Spoczywa w obejmujących je ramionach i chociaż skóra okryta ubraniem uniemożliwia odczuwanie; żywe ciało nie dotyka jego ciała, to przynajmniej usta i ręce mówią, że wszystko jest w porządku. Radość życia, normalna dla kontinuum, jest prawie doskonała. Jest smak i dotyk matczynej piersi, ciepłe mleko płynie do głodnych ust, czuje bicie serca, które powinno być dlań więzią zapewniającą o kontynuacji życia rozpoczętego w macicy. Jest ruch, rejestrowany przez jego niewydolny jeszcze wzrok. Słyszy też głos matki. Tylko ubranie i zapach ( mama używa perfum) stwarzają wrażenie dysonansu. Niemowlę ssie, a kiedy czuje się pełne i zadowolone – zasypia.

Budzi się w piekle. Żadnego wspomnienia, żadnej nadziei, żadnej myśli, która mogłaby przywołać w tym ponurym czyśćcu pocieszające wspomnienie o spotkaniu z matką. Mijają godziny, dni i noce. Niemowlę krzyczy, męczy się, zasypia. Budzi się i moczy pieluszki. Teraz nie wiąże się z tym żadne przyjemne uczucie. Przyjemna ulga, zapowiadana przez jego wewnętrzne organy, ustępuje natychmiast miejsca wzmagającemu się bólowi, gdy ciepły, kwaśny mocz podrażnia jego odparzone ciałko. Niemowlę krzyczy. Jego zmęczone płuca muszą krzyczeć, żeby zagłuszyć ostre pieczenie. Krzyczy, aż krzyk i ból zmęczą je i znów zaśnie.

Na porodówce, gdzie przebywa, a która wcale nie jest wyjątkiem, zapracowane pielęgniarki zmieniają pieluchy według planu, bez względu na to, czy są suche, wilgotne, czy całkiem przemoczone. Dzieci są wypisywane do domu z odparzeniami. Dziecko, znalazłszy się wreszcie w domu swojej matki ( nie można go przecież nazwać jego domem) , zdążyło już poznać w pełni naturę życia. Na przedświadomej płaszczyźnie, która określi wszystkie jego późniejsze wrażenia i będzie przez nie określana, poznaje życie jako niewypowiedzianie samotne; nie reagujące na jego sygnały, że cierpi. Ale dziecko jeszcze się nie poddało:póki życie trwa, jego siły witalne będą nieustannie próbowały odzyskać równowagę.

Dom nie różni się w zasadzie od kliniki położniczej, jeśli nie liczyć bolesnego odparzenia. Godziny, podczas których niemowlę nie śpi, upływają wśród tęsknoty, pragnienia i niekończącego się czekania na właściwy stan rzeczy, który zastąpiłby milczącą pustkę. Przez kilka minut na dzień pragnienie spełnia się i przemożna, odczuwana na skórze jak swędzenie, potrzeba dotyku, bycia trzymanym na ręku i noszonym zostaje zaspokojona.

Jego matka jest tą osobą, która po długim namyśle zdecydowała się dopuścić je do piersi. Kocha je z nieznaną jej dotąd czułością. Z początku trudno jej odkładać niemowlę po karmieniu do łóżeczka, zwłaszcza, że płacze ono wtedy tak rozpaczliwie… Przekonana jest jednak, że musi tak postępować, bo jej matka powiedziała (a przecież musi się na tym znać!), że zepsuje dziecko, jeśli mu teraz ustąpi, i potem będzie sprawiało kłopoty.

Chce postępować prawidłowo; przez chwilę czuje, te małe życie, które trzyma w ramionach, jest ważniejsze niż wszystko inne na świecie. Wzdycha i delikatnie kładzie niemowlę do łóżeczka przystrojonego żółtymi kaczuszkami, zharmonizowanego z wystrojem całego pokoju. Ciężko się napracowała, żeby zarobić na ładne zasłony, dywan w kształcie wielkiej pandy, białą komódkę, wanienkę i stoliczek do przewijania z zasypką; oliwkę, mydełko, szamponik, szczoteczkę do włosów – wszystko wyprodukowane specjalnie dla dzieci, w kolorowych opakowaniach, w najlepszym gatunku. Na ścianie wiszą obrazki przedstawiające zwierzątka ubrane jak ludzie. W szufladach komody pełno jest ubranek, śpioszków, bucików, czapeczek, rękawiczek i pieluszek. Na komodzie stoi owieczka-zabawka i wazon z kwiatami – bo mama oprócz swojego dzidziusia kocha również kwiaty.

Poprawia dziecku koszulkę i przykrywa je milutką kołderką. Patrzy na nie z zadowoleniem. Nie zaniedbała niczego, żeby doskonałe urządzić pokoik dziecięcy, choć ona i jej młody mąż nie mogą sobie jeszcze pozwolić na zakup mebli potrzebnych do wyposażenia innych pokojów. Pochyla się, żeby pocałować jedwabisty policzek dziecka, a kiedy kieruje się do drzwi, pierwszy bolesny krzyk wstrząsa jego ciałem. Delikatnie zamyka drzwi.

Wypowiedziała dziecku wojnę. Jej wola musi być górą. Przez drzwi dobiegają jej uszu dźwięki, jakby kogoś poddawano torturom. Tak rozpoznaje je kontinuum matki. Natura nie daje wyraźnych sygnałów świadczących o tym, że ktoś przeżywa męczarnie, jeśli tak nie jest. Sprawa jest naprawdę na tyle poważna, na ile można wnioskować z tych dźwięków. Matka waha się, jej serce rwie się do dziecka, lecz nie ulega pokusie i odchodzi. Zostało dopiero co przewinięte i nakarmione. Jest przekonana, że naprawdę nic mu nie brakuje, więc pozwała mu płakać do utraty sił. Dziecko budzi się i znowu krzyczy. Matka spogląda przez uchylone drzwi, żeby się upewnić, że leży na swoim miejscu; cicho odchodzi, by nie zbudzić w nim fałszywej nadziei na to, te ktoś się nim zajmie, zamyka znowu drzwi.

Idzie do kuchni, gdzie czeka na nią herbata, ciasto i kolorowe czasopisma kobiece. Zostawia drzwi otwarte, żeby usłyszeć, jakby coś się działo. Krzyki niemowlęcia przechodzą w drżące kwilenie. Ponieważ nie ma żadnej reakcji, siła napędowa wysyłanych sygnałów gubi się w chaosie jałowej pustki, gdzie przecież już dawno powinna pojawić się ulga. Dziecko rozgląda się. Za barierkami łóżeczka jest ściana. Światło jest przyćmione. Niemowlę nie może się obrócić. Widzi tylko nieruchome pręty łóżka i ścianę. Słyszy niezrozumiałe dlań dźwięki dobiegające z dalekiego świata. W pobliżu nie słychać żadnego głosu. Wpatruje się w ścianę, aż oczy same się zamkną. Kiedy je znów otwiera, pręty i ściana są dokładnie takie same jak przedtem, tylko światło zdaje się trochę bardziej przyćmione”.

 

Poleć ten artykuł: