Alice Miller wychowanie dziecka bez przemocy

Wspomnienie Alice Miller

„to, co nazywamy stawianiem granic, jest często naszą potrzebą. Po drugie, nie wolno mylić zaniedbania z wychowaniem w poszanowaniu wolności i godności dziecka. Nie jest wolnością, jeśli nikt nie interesuje się dzieckiem i na wszystko mu się pozwala. Rodzice w różny sposób ranią dziecko. Są obojętni, zajęci sobą. Opuszczają je w trudnych sytuacjach. Zaniedbanie jest czasem gorsze niż trauma.”

Alice Miller – psychoterapeutka, autorka książek o psychologii dziecięcej, z których za najważniejsze uchodzą „Dramat udanego dziecka”, „Bunt ciała”, „Mury milczenia”, „Zniewolone dzieciństwo”. Miller w swoich książkach porusza problem przemocy fizycznej i psychicznej w stosunku do dzieci i jej wpływu na ich dorosłe życie. Holocaust przeżyła w Warszawie, w czasie wojny studiowała filozofię na tajnych kompletach u profesorów: Tatarkiewicza i Kotarbińskiego. Wielokrotnie gościła na łamach „Charakterów”.

Nie wolno mylić zaniedbania z wychowaniem w poszanowaniu wolności i godności dziecka. Nie jest wolnością, jeśli nikt nie interesuje się dzieckiem i na wszystko mu się pozwala.

Iga Kiniorska, Dorota Krzemionka-Brózda: – Przełamuje Pani mury milczenia, pisząc o cenie wyparcia urazów dzieciństwa, o dramacie dobrze wychowanych dzieci. Co zapisuje się w życiu dziecka jako uraz?
Alice Miller: – Wszystko, co przeżywamy w pierwszych miesiącach i latach życia, zapisuje się naszym ciele. Jeśli dziecko jest bite, opuszczone, zaniedbane, traktowane z ironią czy wyśmiewane, nie może się rozwinąć jego indywidualność. O urazie mówimy, gdy dziecko nie jest w stanie poradzić sobie z tym, co go rani.

– Dlaczego tak często ranimy nasze dzieci?
Bo sami byliśmy ranionymi dziećmi. Nieświadomie bierzemy za to odwet na własnych dzieciach. Bijemy je i poniżamy, by zatrzeć wspomnienie tego, co wyrządzili nam rodzice. Sytuację małego dziecka, które od pierwszego dnia jest wychowywane do posłuszeństwa rodzicom, można porównać z sytuacją więźnia w obozie koncentracyjnym. Gdy to mówię, ludzie oburzają się. Lecz od więźnia nikt nie oczekuje, że będzie kochał swoich prześladowców. A dziecko ma szanować ojca, który je bije. W obozie koncentracyjnym ludzie cierpiący nie byli sami. Mieli wokół innych, którzy też cierpieli i byli świadkami ich cierpienia. Dziecko jest samotne ze swoim cierpieniem.

– Nic dziwnego, że rodzicom trudno przyjąć takie porównanie. Większość rodziców chce dobrze dla swojego dziecka.
Dziecko też w to wierzy i tu jest źródło urazów. Chroni ono rodziców, których kocha i potrzebuje. Nie może świadomie pamiętać, co się stało, bo by umarło z bólu. Musi stłumić złość, zaprzeczyć bólowi. Wypiera doznaną krzywdę, idealizując swoich prześladowców. Wszystko, co dostaje od rodziców, uznaje za dobre: troskę, pokarm matki, również lanie. Przyjmuje, że skoro jest bite, zasługuje na lanie.

– Dlaczego rodzice biją?
Bo sami byli bici. Nie wszyscy, którzy byli bici, biją. Ale wszyscy, którzy biją swoje dzieci, sami kiedyś tego doznali. Jak się czegoś uczy wcześnie, to zostaje na całe życie. Eksperymenty Harlowa pokazały, że małpa, która była wychowywana z atrapą i sama nie doświadczyła ciepła, nie interesuje się potem swoimi małymi, nawet może je zabić. Gdy bite dziecko staje się rodzicem, tępi w swoich dzieciach to, czego się obawia w sobie: spontaniczność, uczucia. Bijąc dzieci, pokazuje, co jemu kiedyś zrobiono. To przymus powtarzania swego losu. Badania pokazują, że 90 proc. rodziców w Stanach bije dzieci.

– Biblia mówi: kto kocha, nie żałuje rózgi.
– Wiele osób nadal w to wierzy. Dawniej sądzono, że człowiek rodzi się zły. Freud też dołączył do tej tradycji, mówiąc o instynkcie śmierci. Psychoanaliza utrwaliła obraz złego dziecka, które musi się nauczyć panowania nad popędami. Twierdzę, że nienawiść to nie przejaw instynktu śmierci, lecz reakcja dziecka na wcześniejsze cierpienia. Katharina Rutschky w „Czarnej pedagogice” pokazuje, jak byli wychowywani nasi rodzice, dziadkowie. Krzyk i płacz dziecka to fanaberie. Należy je wyplenić biciem – zalecał dr Schreber, którego podręczniki miały 40 wydań. Jeden z jego synów popełnił samobójstwo, drugi był pacjentem Freuda. Dorośli są władcami dziecka, oni decydują, co jest dobre, a co złe. Dziecku jak najwcześniej należy odebrać własną wolę wszystkimi możliwymi sposobami: kłamstwem, manipulacją, siłą. Czułość jest szkodliwa, to małpia miłość. Tylko chłód i bicie przygotowują dziecko do życia. Całe pokolenia wychowano według tych zasad.

– A w efekcie ukształtowano przyszłych tyranów i zbrodniarzy, jak twierdzi Pani w książce „Zniewolone dzieciństwo. Ukryte źródła tyranii”.
– Wśród przywódców Trzeciej Rzeszy nie ma ani jednego, który nie byłby bity. Ojciec Rudolfa Hessa chciał biciem wychować go na misjonarza. Bite dziecko tłumi gniew, rozpacz, lęk i bezsilność. Zakazany gniew przeradza się w nienawiść do siebie lub innych, np. mniejszości narodowych. Hitler miał szczególne powody, by przelać swą nienawiść na Żydów. Jego ojciec Alois bił synów pejczem. Wyładowywał na nich złość za poniżenia z własnego dzieciństwa. Za biedę, brak ojca, wątpliwe pochodzenie. Babka Hitlera zaszła w ciążę, gdy pracowała jako służąca u pewnego Żyda z Grazu. Nie wiadomo, kto był ojcem dziecka: czeladnik młynarski, którego babka poślubiła pięć lat po narodzinach dziecka, jego kuzyn, ubogi rolnik, któremu oddała dziecko na wychowanie, czy wspomniany Żyd. Choć Alois zrobił karierę jako urzędnik celny, nie zapomniał poniżeń. Brał odwet na rodzinie. Mały Adolf codziennie dostawał porcję batów. Pozostawało mu zacisnąć zęby, wyprzeć się siebie i identyfikować się ze swym prześladowcą, którego w „Mein Kampf” nazywa „panem ojcem”. Wyparty gniew wrócił jako nienawiść do Żydów, którzy uosabiali upokorzoną część jego „ja”. Badania pokazują, że 60 proc. terrorystów niemieckich pochodzi z domów pastorów. Gdy możemy odczuć gniew jako integralną część siebie, nie mamy potrzeby skakać innym do gardła.

– Czy bicie wszystko wyjaśnia? Dziś mówi się o genetycznym uwarunkowaniu zachowań.
– Dlaczego zatem tylu Niemców ze złymi genami urodziło się właśnie trzydzieści lat przed Hitlerem? Żeby mógł zrobić tę robotę? Miliony ludzi pozwoliły się zdominować ideologii, tak jak byli zdominowani w dzieciństwie. Nawet intelektualiści niemieccy ulegli urokowi Hitlera. Zdolność do przeciwstawienia się otaczającej rzeczywistości nie wynika z inteligencji, lecz z dostępu do swego prawdziwego „ja”. Wychowani w pruskim chłodzie Niemcy musieli stłumić swój ból i współczucie. Wyparte uczucia musiały gdzieś znaleźć ujście. I znalazły na Żydach. To był genialny pomysł Hitlera. Jak powiedział Himmlerowi: „Gdyby nie było Żydów, należałoby ich wymyślić”. Niszczono bezbronnych Żydów, uosobienie budzącej lęk części własnej psychiki.

– Nie każde bite dziecko wyrasta na tyrana. Od czego to zależy?
Jeśli dzieci są traktowane okrutnie przez rodziców, ale mają przy sobie choćby jedną współczującą osobę: babcię, nauczycielkę czy sąsiadkę, nie staną się w przyszłości oprawcami. Jeśli nie ma nikogo, nie pozostaje dziecku nic innego, jak zepchnąć ból w podświadomość i idealizować gwałt. Natomiast świadek oświecony to ktoś, kto wie, co znaczą urazy dzieci. Terapeuta. Jego zrozumienie pozwala doświadczyć, jak byliśmy niezrozumiani, jego uczciwość ujawnia dotychczasowe kłamstwa, jego szacunek pozwala uświadomić sobie pogardę dla siebie. Mówię o tym, by powiększyć liczbę świadków oświeconych.

– Czy jest różnica między klapsem i biciem? Czy każdy klaps jest urazem?
– Każde uderzenie jest poniżeniem dziecka. Gdy pytam matki, czy biją swoje dzieci, mówią, że tylko dają im klapsy. Wiele z nich mówi: „Nie biję dziecka, gdy jest starsze, tylko gdy małe, daję mu klapsy”. Im wcześniej, tym gorzej. Właśnie w pierwszych trzech latach życia kształtuje się nasz mózg. Dziecko, które dostaje od kochanej matki czy ojca klapsy, nie umie sobie z tym poradzić. Klaps boli. Ponieważ dziecko nie może przestać ufać tym, których kocha, uczy się nie ufać własnemu cierpieniu. W jego mózgu utrwalają się fałszywe informacje. Prowadzono badania nad maltretowanymi dziećmi rumuńskimi. Tomografia komputerowa ujawniła, że w tych rejonach ich mózgów, które kierują uczuciami, mają one o 20-30 proc. mniej połączeń nerwowych.

– Matka daje klapsa, by uchronić dziecko przed zagrożeniem, by nie wpadło na przykład pod samochód.
– Jeśli uderzymy małe dziecko, by nauczyć je, że auta są niebezpieczne, to ono nic nie będzie wiedziało o autach, tylko będzie się nas bało. Dziecko nie rozumie związku bicia z autem. Wszystkie badania na temat kary, szczególnie cielesnej, pokazują, że prowadzi ona do wzrostu agresywności u dziecka. Trzeba ratować dziecko przed samochodami, ale w inny sposób. Gdy jest starsze, trzeba z nim rozmawiać, jeśli małe – wziąć w ramiona, przytrzymać. We Francji, po spotkaniu z matkami karmiącymi piersią, podeszła do mnie młoda kobieta z 15-miesięcznym dzieckiem i mówi: „Daję klapsy, ale bez przemocy”. Pytam: „Czy to możliwe?” „Tak – ona mówi – bo kocham synka, nie chcę mu zadawać bólu. Ale bez klapsów on nie może się nauczyć”. „Czy nie ma pani z nim kłopotów?” – pytam. „Czasami kurczowo się mnie trzyma i nie chce bawić się z innymi dziećmi. Czy możliwe, że on się boi?” „A jeśli mąż uderzy panią, czy będzie się pani obawiała, że zrobi to ponownie?” Wtedy się okazało, że ona była strasznie bita. Musiała przestać czuć. Teraz wszyscy w rodzinie powtarzają jej, że bez klapsów nie można wychować dziecka. Powiedziałam jej: „Niech pani kocha syna tak, jak pani chce go kochać”.

– Były już próby wychowywania bez klapsów, bez stresu. Liberalne wychowanie nie sprawdziło się. Pokazało, że dzieci muszą znać granice.
– Po pierwsze, to, co nazywamy stawianiem granic, jest często naszą potrzebą. Po drugie, nie wolno mylić zaniedbania z wychowaniem w poszanowaniu wolności i godności dziecka. Nie jest wolnością, jeśli nikt nie interesuje się dzieckiem i na wszystko mu się pozwala. Rodzice w różny sposób ranią dziecko. Są obojętni, zajęci sobą. Opuszczają je w trudnych sytuacjach. Zaniedbanie jest czasem gorsze niż trauma. Czterdzieści lat temu Spitz opisał dzieci umierające w najlepszych warunkach z powodu opuszczenia przez matkę.

– Jak zatem uczyć dzieci, pokazywać im granice?
Odwiedziła mnie znajoma z dwuletnią córką. Mała wszystkiego dotykała. Matka nie zabraniała jej tego. Uprzedziła mnie, że dziecko jest ciekawe. Schowała ostre rzeczy. Po zabawie odłożyła je na miejsce. Gdy wróciłyśmy po spacerze, mała brała rzeczy, a potem odkładała je, tak jak wcześniej matka. Dziecko uczy się obserwując zachowanie dorosłych. Gdy zabraniamy mu, zabijamy jego naturalną zdolność organizowania życia. Najważniejsza jest niewymuszona obecność matki. Obecna w ten sposób matka uważa, co robi dziecko, reaguje na jego potrzeby, zapewnia mu bezpieczeństwo, ale szanuje jego wolność i ciekawość.

– Jak przerwać tę klątwę pokoleń, przymus powtarzania przemocy?
– Pierwszym krokiem jest rozpoznanie, że to, czego sami doświadczyliśmy w dzieciństwie, nie zawsze było dobre. Wtedy przeżywamy ból, że nie można tego zmienić. Ale ten ból już coś w nas zmienia. I nie powtarzajmy, że to jest dobre. Dziś nikt nie może twierdzić, że bicie dziecka daje dobre rezultaty.

– Czy jest Pani za wprowadzeniem zakazu bicia dzieci?
– Zdecydowanie tak. W Niemczech w 1997 roku była taka inicjatywa, ale 4/5 parlamentarzystów głosowało przeciw temu.

– Głosowali dorośli, nie dzieci.
– Właśnie. W szkołach nie wolno bić obcych dzieci, ale w domu własne dziecko nadal możemy uderzyć.

– Najbliższe dziesięciolecie ma być wychowaniem dla pokoju. Jakie to wychowanie?
– Bez gwałtu i przemocy, by dzieci wierzyły, że można porozumiewać się bez bicia. Możemy mieć piękne konferencje rozbrojeniowe, ale jak długo bijemy dzieci, tak długo uczymy je przemocy i tak długo będą na świecie wojny.

 

 

 

Dorota Krzemionka, rozmowa z Alice Miller, opublikowana w „Charakterach” nr 09/1999Alice Miller, psycholog, psychoanalityk polskiego pochodzenia zmarła w wieku 87 lat w Prowansji na południu Francji, gdzie mieszkała.

Poleć ten artykuł: